Magazyn Babbel

Bób, Hummus, Włoszczyzna: Słownik polskich wegan

Wegańskie kotlety, sery i ciasta – czas rozwikłać zagadkę, czy słownik polskich wegan łamie językowe zasady, a może pysznie bawi się polszczyzną.
słownik wegan

Wystarczy rozejrzeć się po regałach w dowolnym supermarkecie, a nawet osiedlowym sklepiku, by przekonać się, że wegetarianizm czy weganizm to coś więcej niż fanaberia wśród miłośników zwierząt. Producenci żywności musieli stawić czoła rosnącemu popytowi na kuchnię roślinną, wprowadzając na rynek jeden wegański produkt za drugim. Czy za całym procesem nadąża nasz język? Czy został zaopatrzony w neologizmy, tak jak sklepowe półki w roślinne produkty? Sprawdźmy to!

Słownik wegan pod lupą… polityków

W 2013 roku Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej postanowiły, że takie nazwy jak masło, mleko, jogurt, ser czy śmietanka są zarezerwowana wyłącznie dla przetworów mlecznych. To dlatego zajadając się masłem orzechowym, tak naprawdę odkręcamy słoik z napisem pasta orzechowa. Zamiast gotować owsiankę na mleku sojowym, oficjalnie można co najwyżej użyć napoju sojowego. A na opakowaniu jogurtu kokosowego znajdziemy takie neologizmy jak vegangurt. Można dyskutować, czy takie regulacje uczyniły życie konsumentów łatwiejszym, czy wręcz przeciwnie – wywołały wśród nich pewną konsternację. Pewne jest, że prawo nie zmieniło nawyków językowych. Na blogach kulinarnych z wegańskimi przepisami wciąż króluje masło orzechowe, mleko sojowe czy jogurt kokosowy, a i w codziennych konwersacjach właśnie te nazwy zdają się brzmieć bardziej naturalnie.

Jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia, dlatego branża mięsna oraz nabiałowa wywierały naciski na Unię Europejską, by doprowadzić do zaostrzenia przepisów. Wówczas zamiast wegeburgerów na półkach znaleźlibyśmy wegańskie dyski, wegeparówki otrzymałyby mało zachęcającą nazwę np. sojowych słupków, a wegański ser stałby się… żółtymi plastrami (?). Ostatecznie protesty organizacji pozarządowych, roślinnych producentów i podpisy ponad 450 000 konsumentów sprawiły, że poprawki do wspomnianego rozporządzenia odrzucono. Wegetarianie i weganie mogą więc spać spokojnie, wiedząc, że udało się zapobiec prawdziwemu grochowi z kapustą.

Słownik wegan pod lupą… językoznawców

Przeciwnicy nazywania wegańskich zamienników słowami nawiązującymi do nazw potraw lub produktów mięsnych (bądź nabiałowych) twierdzą, że taki zabieg jest mylący, a nawet językowo niepoprawny. Tymczasem językoznawca dr Tomasz Łukasz Nowak z Uniwersytetu Wrocławskiego wskazuje na dwa zjawiska, które są kluczem do zrozumienia, jak takie nazwy powstają. Mowa o tworzeniu neosemantyzmów i neologizmów słowotwórczych.

Neosemantyzmy to wyrazy lub wyrażenia, którym nadano nowe znaczenie. Słownik wegan najczęściej zawiera takie, których pierwotne znaczenie uległo rozszerzeniu.

  • Spójrzmy na taki kotlet – w oryginale rozumiany jako potrawa wybitnie mięsna, dziś ma swoje wegańskie odpowiedniki: kotlet (mielony!) z soczewicy, kotlet z kaszy jaglanej czy kotlet marchewkowy. – Nazywanie ich kotletami to wpuszczanie ludzi w maliny! – może zawołać jakiś językowy purysta-mięsożerca. Ale czy to samo powiedziałby, widząc kotlety jajeczne czy kotlety ziemniaczane w menu ulubionego baru mlecznego 30 lat temu?
  • Inny przykład – tatar – nieodłączny element polskiej zakrapianej imprezy i etymologicznie befsztyk z surowej wołowiny. Jego wegańska wersja to chociażby ten z suszonych pomidorów. Podobne neosemantyzmy funkcjonują w języku już od dawna: tatar z łososia albo tatar ze śledzia już chyba nikogo nie dziwi.
  • Na koniec prawdziwe jabłko niezgody: wegańska wędlina. Podczas gdy niektórych wegańskie parówki czy kiełbaski mogą oburzać, trzeba mieć na uwadze, że rzeczownik wędlina również rozszerzył swoje znaczenie – wcześniej określał jedynie ‘wyrób z mięsa wędzonego’. Co więcej, neosemantyzacja zaszła również w wypadku kabanosa: oryginalnie przyrządzany był z mięsa kabana, czyli wieprza, a dzisiaj może być drobiowy, wołowy i – no właśnie – wegański.

Jak zauważa dr hab. Katarzyna Kłosińska z Uniwersytetu Warszawskiego, w takich nazwach rzeczownik nadrzędny (kotlet, tatar, kabanos itp.) wskazuje, w jaki sposób potrawa została przyrządzona i jak wygląda, a przydawka (z soczewicy, wegański, roślinny itp.) informuje o użytych składnikach. Dzięki temu wiadomo, czego spodziewać się na talerzu i nic ni z gruszki, ni z pietruszki nas nie zaskoczy (no chyba, że ta zupa – bardzo pyszna, swoją drogą).

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak dopiero wraz ze wspomnianymi już neologizmami słowotwórczymi, których słownik polskich wegan ma naprawdę bez liku. Zwróćmy uwagę na najciekawsze przykłady:

  • Tofucznica – czyli wegański odpowiednik jajecznicy, przygotowany z rozdrobnionego tofu z przyprawami, w tym czarną solą (kala namak), nadającą mu jajecznego posmaku. Takie czary-mary!
  • Seleryba – klasyk wegańskiej wigilii, czyli plastry selera owinięte w glony nori, a następnie usmażone bądź upieczone, jak na prawdziwą rybkę przystało.
  • Sojonez – czyli majonez na bazie mleka sojowego, który ma szansę załagodzić spór między zwolennikami Kieleckiego i Winiary.
  • Tofurnik, jagielnik, nerkownik/nernik – to wszystko wegańskie zamienniki sernika, z tym że zamiast z twarogu wykonane odpowiednio z tofu, kaszy jaglanej albo nerkowców. Przy okazji warto docenić giętkość polskiego języka (i wyobraźnię osób się nim posługujących!). Te same ciasta po angielsku to po prostu… vegan cheesecake (dosłownie wegański sernik) – mało spektakularnie.
  • Na koniec wspomnijmy również całą grupę złożeń z przedrostkiem bez-, które chociaż są bez czegoś, to jednak to coś w smaku mają właśnie przypominać, np.: pasta bezjajeczna, bezsernik czy sos bezrybny.

Maślane oczy do wegańskich dań

Za każdym razem, gdy przeglądamy restauracyjne menu, możemy dojść do wniosku, że nazwy potraw mają moc – aksamitny krem pomidorowy z domowymi kluseczkami jakoś bardziej pobudza nasz apetyt niż po prostu zwykła pomidorówka. Podobnie jest z wegańskimi potrawami – nadając im nazwy nawiązujące do ich tradycyjnych odpowiedników, ułatwiamy sobie nie tylko wyobrażenie finalnego wyglądu i smaku dania, ale też pozwalamy wegetarianom i weganom na powrót do smaków dzieciństwa. Nie zapominajmy, że z mięsa czy nabiału rezygnują zazwyczaj nie dlatego, że za nimi nie przepadają, lecz robią to ze względów etycznych, zdrowotnych bądź środowiskowych. Dlatego nie miejmy im za złe, gdy robią maślane oczy do wegańskich kiełbasek. Lepiej zapytać, czy dadzą spróbować.


Inne języki też są fascynujące! Przeczytaj:

Jak zamówić tofurnik w innych językach?
Naucz się z Babbel
Podziel się: